Cr Navigator
Niekrótka rozmowa o odpowiedzialności, służbie, wartościach i autorytetach
powrót

Wywiad ukazał się 25.04.2016 na portalu www.nienieodpowiedzialni.pl

Z Pawłem Nizińskim, partnerem GOODBRAND CEE / CEO better, rozmawia Artur Nowak-Gocławski, ANG Spółdzielnia Doradców Kredytowych.
Fragment wywiadu został opublikowany na łamach papierowej gazety Nienieodpowiedzialni, oto jego pełna wersja.
 
 
 
Artur Nowak - Gocławski: Porozmawiajmy o tym, co miałeś na myśli, pisząc w artykule na portalu be.navigator o umierającym CSR-ze? 
 
Paweł Niziński: Sformułowanie, że CSR umarł, to jest pewna prowokacja. Ktokolwiek to mówi, tak naprawdę ma nadzieję, że w ten sposób wywoła mniejsze bądź większe zamieszanie, jakąś falę zaprzeczeń i zastanowienie się, właściwie dlaczego nie wszystko z CSR jest dobrze, skoro jest tak fajnie i w tylu miejscach CSR działa. Myślę, że potrzebna jest taka intelektualna prowokacja, zresztą nie tylko pojawia się ona na naszym rynku, w CSR-owym dyskursie, ale właściwie w każdym zakątku Europy. Wielu uczestników tej zmiany cywilizacyjnej niepokoją obecne praktyki, ten dryf CSR-u, wiele osób zwraca uwagę na potrzebę konsekwentnego zwrotu ku wartościom w biznesie i w całym życiu społecznym. Moim zdaniem to chyba jest najprostsze określenie myślenia o odpowiedzialności biznesu, właśnie zwrot ku autentycznej obecności wartości w codziennym życiu biznesu. Potrzeba poważnego potraktowania misji firmy, wartości firmy, rzeczywistego zabierania się za realizowanie tego z pełną odpowiedzialnością i „trzymania twarzy” przed wszystkimi naszymi interesariuszami. 
Mam takie przekonanie, że w procesie profesjonalizacji, czy nawet jakiegoś tworzenia się nowej „branży CSR-owej” na rynku, udało nam się zyskać coś kosztem czegoś. Wydaje mi się, że CSR, który był sposobem na działanie biznesu i był takim rdzeniem pewnej filozofii funkcjonowania firm, nagle tak bardzo się przejął tym, żeby dostarczać wyniki, że kompletnie zapomniał o swoim punkcie startowym. Pomysł na to, żeby być odpowiedzialnym, zazwyczaj zaczynał się od właściwego zrozumienia kontekstu społecznego i problemu społecznego, z którym się stykamy i na który możemy mieć wpływ. To spotkanie z interesariuszami odbywało się w punkcie ważnym, bo prawdziwym, przy autentycznym problemie społecznym. Dzięki temu postawy zgodne z duchem CSR uzyskiwały wiarygodność u interesariuszy, którzy te problemy postrzegali podobnie. 
 
Wydaje mi się, że niewiele firm miało takie dojrzałe podejście.
 
Ja myślę, że wbrew pozorom dosyć dużo. Może niekoniecznie to było uświadomione, określane mianem odpowiedzialnego biznesu, ale rzeczywiście to miało miejsce. I bardzo szybko zaczęliśmy zjawisko podliczać. Podeszliśmy do tego wszyscy bardzo profesjonalnie, więc zaczęliśmy liczyć efekty. Trzeba było zmierzyć ten CSR, zobaczyć, jak on wpływa na wynik firmy, na nas, przekonać dyrektorów finansowych, że to ma sens, próbowaliśmy znaleźć jakieś mierniki, tzw. ROI z CSR-u, pojawiło się raportowanie i tak dalej. Zaczęło się bardzo profesjonalne podejście do tego tematu, a tymczasem myślę, że ten prawdziwy problem, który chcieliśmy rozwiązać, który nas w pewnym sensie określał, wyparowywał z naszego celownika. Skupiliśmy się na czym innym. I tak naprawdę dużo większą dla nas wagę w tej chwili mają nagrody, przyznawane na jakichś kolejnych galach, konkursach, rankingach, można dzięki nim uzyskać przychylność prezesa dla CSR-owego projektu… Zrobiło się bardzo reputacyjnie. I nawet jeśli przy okazji odbywa się promocja dobrych praktyk, budowanie standardów, co jest bezsprzecznie bardzo pożyteczne, pewna autentyczność przejęcia się rozwiązaniem problemu, za jaki się wzięliśmy, ustąpiła marketingowej czy PR-owej efektywności. Konsument to widzi.
 
To jest kwestia mistyfikacji CSR-u, zagubienia idei? 
 
Nie. Myślę, że to jest niestety naturalny proces pewnego zawłaszczenia CSR-u przez marketing i PR. I że to jest sprawa wizerunkowa, bo faktem jest, że dobre praktyki w obszarze CSR są elementem naszego wizerunku. Natomiast ulatuje w takich okolicznościach element poważnego potraktowania zrównoważonego rozwoju. Bo jeśli przywołamy porządkujący głos Portera i Kramera z ich wczesnych analiz podejścia do CSR, z początku minionej dekady, właśnie na temat motywacji, dla których firmy przystępują do działań w CSR, to oczywiście pojawia się po pierwsze sprawa dostosowania się do obowiązującego prawa czy legitymizacji naszego działania, jest też motywacją jakiś rodzaj ekspiacji – nabroiliśmy, no, to teraz naprawmy, róbmy porządnie, odpłacamy z nawiązką. Po trzecie – reputacja jest bardzo ważnym elementem motywującym firmy do tego, żeby wejść na drogę odpowiedzialności za swój wynik, efekt społeczny i środowiskowy. Wszyscy tak robią, więc my też, nie możemy być gorsi. No i myślę, że właśnie z tymi kwestiami reputacyjnymi przegrała sprawa najważniejsza, czwarta motywacja u Portera i Kramera, to jest poważne myślenie o zrównoważonym rozwoju, czyli naprawdę autentyczne zabranie się do rozwiązywania naszych problemów globalnych i lokalnych z odpowiedzialnością wobec przyszłych pokoleń. 
 
Uważasz, Paweł, że powstała jakaś iluzja?
 
Tak. Myślę, że to jest skrzywienie w stronę tworzenia iluzji, że coś jest robione na dużą skalę, podczas gdy rzeczywiste problemy naszej cywilizacji pozostają nierozwiązane. A ludzie to widzą. To skrzywienie w stronę „reputacyjności” CSR-u powoduje, że konsument przestaje ufać. Jako konsumenci jesteśmy naprawdę pozbawieni złudzeń, że coś otrzymamy od producentów za darmo. Dlatego gdy widzimy kolejną listę zielonych partnerstw i certyfikatów na odwrocie opakowania naszego produktu, zaczynamy to postrzegać jako kolejne narzędzie marketingowe. Pojawia się reakcja: „Aha, chcą nas znowu nabić w butelkę, no to my się nie damy”. Zamiast wzrostu zaufania rośnie dystans, a przecież nie o to chodziło.
 
Wróćmy do „trzech literek”.
 
Rzeczywiście te trzy literki trochę nam spowszedniały, trochę to zaczęło się robić „démodé”, tak jakby podlegało ogólnej modzie na ciągłe odświeżanie produktów, usług, ale też idei – cykl życia idei nie może być za długi, bo to jakoś nie pasuje do naszych czasów. Ale nie o to tylko chodzi. Widzimy, że zazwyczaj miejsce w strukturach firm dla CSR-u było i jest niezupełnie na świeczniku, że są dużo, dużo ważniejsi menedżerowie niż menedżerowie od CSR-u. Rzadko kiedy agenda odpowiedzialnego biznesu była dominująca w firmie. Zazwyczaj to jest lub był jakiś idealista, były harcerz, zesłany do małego pokoiku, z niewielkim budżetem, bez istotnego wpływu na organizację. Myślę, że to powodowało frustrację. Więc z jednej strony mam wrażenie, że ten zachwyt nową ideą trochę przygasł, z drugiej zaś strony to, że CSR, czy rozmowa w ogóle o wartościach w biznesie, bo ja wolałbym chyba o tym mówić, stała się coraz bardziej powszechna, rozprowadzona po całej organizacji. Osoba odpowiedzialna za CSR już nie jest głosicielem nowej idei, każdy coś już o tym słyszał, może nawet selektywnie coś z tego dla siebie i codziennej praktyki zawodowej wybrał, więc atrakcyjność tego tematu jakby spadła. Mam też przekonanie, że wyzwanie odpowiedzialności w biznesie migruje do różnych interesujących obszarów, na przykład przenosi się do HR. Współczesny HR staje się dużo bardziej odpowiedzialny i jest rozwijany ze świadomością, że jednym z naprawdę najważniejszych interesariuszy jest nasz pracownik i trzeba w niego inwestować, dbać o kulturę firmy, etykę, komfort aksjologiczny, szczególnie wobec coraz bardziej wymagających nowych pokoleń wchodzących do życia zawodowego. Jest to dobrze zrozumiane przez biznes, dlatego że pieniądze, które w naszego pracownika inwestujemy, pracują wprost na firmę, ta tworzona wartość pozostaje w jakimś sensie w murach firmy. I to jest oczywiście duży i gorący temat employer brandingu. Tu muszą być obecne i żywe wartości, na jakich jest zbudowana firma. Jak je przełożyć na codzienne praktyki, na silniejszą motywację, identyfikację z firmą, uwolnienie ukrytych potencjałów? Dla mnie na przykład wolontariat pracowniczy jest doskonałą metodą budzenia nowych motywacji, wydobywania z ludzi fantastycznych pokładów możliwości, talentów, zupełnie nieoczekiwanych i otwierania ludzi właśnie w oparciu o wspólne wartości. Więc myślę, że jeżeli mamy szukać miejsca, gdzie CSR sobie poszedł, to jest to na pewno HR. 
 
A klienci?
 
Relacje z klientami też. Ale to też wiąże się z większymi wymaganiami klientów wobec marek, które są obecne na rynku. Myślę, że klienci są tutaj bezlitośni. Dzisiaj jest bardzo trudno zbudować autentyczną relację z klientem. Lojalność praktycznie nie istnieje. Więc oczywiście powinniśmy być fair, powinniśmy być czytelni w naszym etycznym podejściu, dlatego, że to tak zwane sustainable competitive advantage stało się czymś nieodzownym, jeżeli chcemy być obecni w ogóle na rynku. Bo kolejne słowo, które obok właśnie tego CSR-u robiło kiedyś karierę, to słowo sustainability. Myślę, że ono też przeżywa swój jakiś krytyczny moment, dlatego że trochę się zbanalizowało. Że albo jesteśmy sustainable, albo nie ma nas w ogóle na rynku. Poza tym to jest słowo, które bardzo szybko wytraciło swój impet. Jedna moja znajoma opowiadała kiedyś anegdotę o konferencji, na której spotykają się menedżerowie i na korytarzu prowadzą rozmowę. Nie widzieli się dość długo, nie bardzo wiadomo, jak ją zacząć, więc jeden pyta: „No, i jak tam, co u ciebie słychać?”. „A, w porządku” – odpowiada drugi. „No tak... a jak tam twoje małżeństwo?”. „Moje małżeństwo? Sustainable” – pada odpowiedź. No, więc właśnie, ja nie wiem, czy chciałbym, żeby moje małżeństwo było sustainable. To jest słowo, które bardzo szybko straciło swoją „temperaturę”, straciło wewnętrzną pasję. I myślę, że my chcemy czegoś więcej, chcielibyśmy chyba trochę poważniejszej zmiany, bo wystarczy się rozejrzeć dookoła – widać, że nasza cywilizacja zapędziła się rzeczywiście na skraj przepaści, chociażby jeśli spojrzeć na kwestie ekologii, kwestie zasobów, kwestie demografii…
 
Kwestie rozwarstwienia, kryzysu neoliberalnej ekonomii, poszukiwania sensownej alternatywy do aktualnych modeli biznesowych. Ważnym pytaniem, jakie sobie zadaję, to jest pytanie o rolę przedsiębiorcy w dzisiejszym świecie, jakie są jego powinności, po co jest? Czy przedsiębiorca powinien uważnie rozglądać się dokoła i szukać ciągłej równowagi, balansu z tymi, z którymi współpracuje, z klientami, szukać wspólnej wartości? 
 
To jest bardzo dobre pytanie. Pozwól, niech poprowadzi nas do kolejnego obszaru, gdzie wyemigrował CSR, czyli do relacji biznesu z jego najbliższym otoczeniem. Myślę, że to jest rzeczywiście bardzo ciekawe, bo pojawiło się tu zupełnie nowe rozumienie jakości tych relacji i sensu ich budowania. I to jest właśnie myślenie bardziej zrównoważone, czego mi brakowało przy skrzywieniu CSR w stronę reputacyjności. To jest to, o czym ty mówisz, że rozglądam się wokół i staram się mieć, prowadzić ten biznes w sposób rozsądny, racjonalny, zrównoważony. Muszę zadbać o wartość tworzoną przez mój biznes i pozostawianą w otoczeniu, i o tę tworzoną wraz z otoczeniem mojego biznesu. I myślę, że jeżeli gdziekolwiek jeszcze wyemigrował ten CSR, to do tak zwanego obszaru corporate community involvement, czyli zaangażowania firm w swoje bezpośrednie otoczenie. Tutaj rzeczywiście pojawiają się kwestie na przykład prowadzenia dialogu społecznego, czyli zrozumienia istoty tego sąsiedztwa, w jakim jesteśmy. Budowania koegzystencji naszego biznesu i jego naturalnego zaplecza. Kolejna rzecz, która tutaj się pojawia, i to jest następne magiczne słówko o nie wiadomo jak długiej żywotności, to kwestia innowacji społecznych i w konsekwencji współpracy międzysektorowej, ponieważ tam te innowacje się realizują. Bo jeżeli znowu dokądś to myślenie CSR-owe jeszcze wyemigrowało, to do obszaru, gdzie my, po pierwsze, zdajemy sobie sprawę z tego, że wyparowują silosy i żyjemy w jednym, ogromnym ekosystemie sieci, które są powiązane ze sobą... i że nie ma znaczenia, z jakiego sektora pochodzisz. Powinieneś zachowywać się zgodnie z pewnymi ogólnymi regułami gry i myślę, że te reguły stały się dużo bardziej etyczne, między innymi dzięki powrotowi wartości do dyskursu o odpowiedzialności biznesu. A po drugie jesteśmy zmuszeni do współpracy, bo firmy pochodzące z różnych środowisk same, osobno, nie rozwiążą wyzwań cywilizacyjnych, jakie przed nami stoją.
 
Myśląc o rozwiązywaniu tych problemów, pewnie będziemy zgodni, że odpowiedzialny biznes nie może szkodzić, to w zasadzie powinno być już poza dyskusją przedsiębiorców. Niestety duża część biznesu jest jeszcze na etapie różnych usprawiedliwień swojego „złego wpływu”. Najważniejsza jednak jest dyskusja o naszych oczekiwaniach w zakresie pozytywnego wpływu biznesu na świat, szukania zmiany, by nie rzec: dobrej zmiany. Na ile przedsiębiorcy, Twoim zdaniem, powinni brać odpowiedzialność za kondycję świata, za rozwiązywanie problemów społecznych, za to, by świat naszych potomków był lepszy? 
 
Biznes, z natury rzeczy, jest najbardziej zaawansowany technologicznie, kompetencyjnie, wiedzowo, z tych wszystkich sektorów, o których rozmawialiśmy. Myślę, że ma też największe potencjały, żeby rzeczywiście różnymi sprawami się zająć. 
 
Ma zasoby, kompetencje, sprawczość? 
 
Tak, tak, by rozwiązywać cywilizacyjne problemy. Myślę też, że jeżeli nie będzie tego rozwiązywał, to napotka ogromne bariery rozwojowe, czyli tak naprawdę biznes jest skazany na to, żeby być właśnie takim aktorem inicjującym... 
 
Też tak uważam. 
 
… więc to, sądzę, jest po prostu nieuchronne, że jeśli biznes nie będzie stawał wobec rozwiązywania tych cywilizacyjnych wyzwań, to po prostu się skończy, te bariery mogą narastać, będą tak duże, że nie pozwolą działać. Więc to jest nieuchronne. Uprawiając biznes, bierzemy się również za jakiś rodzaj aktywności w tej tkance społecznej, gospodarczej, środowiskowej, demograficznej.
 

Czy widzisz możliwość trwałej zmiany świata biznesu, w jakim działamy, może poprzez kwestie właśnie zrównoważonego rozwoju, zaangażowania społecznego, innowacji społecznych? Myślę o systemowej zmianie, czymś, co będzie w głównym nurcie, istotnie oddziałując na rzeczywistość. Inaczej mówiąc: zmieni się ten kapitalizm czy też nie?
 
Myślę, że on się zmienia bardzo szybko na naszych oczach. Nikt nie jest w stanie nazwać tego kierunku zmiany naprawdę odpowiedzialnie i trafnie, bo to się za szybko odbywa. Natomiast widzę takie procesy, które uwalniają do tej pory niewykorzystywane zasoby. 
 
Ekonomia współpracy, ekonomia współdzielenia?
 
Tak, tak. Myślę, że na przykład ruszanie tematów form własności, a tym samym nowego typu zaangażowania…
 
Spółdzielczość.
 
Czemu nie? Myślę, że to nowe i stare jednocześnie, ciekawe rozwiązanie.
 
Ciężko nazwać nową formą coś, co ma dwieście lat.
 
No właśnie, to jest tak zwana „retro innowacja”, jak to mawia Kuba Wygnański. 
 
Retro innowacja. Dobre określenie.
 
Są takie rzeczy, które dawno były już praktykowane. Ekonomia współdzielenia to nie jest nowa rzecz, tylko że tak naprawdę, odbywa się to w nowych warunkach, przy nowych mediach, w nowej sytuacji technologicznej. Te stare formy, które kiedyś pracowały, a poszły w zapomnienie, odnajdują zupełnie nowy oddech. Więc myślę, że tutaj mamy jakieś ukryte potencjały. W różnych częściach Europy, to wiem, bo byliśmy w to jako firma zaangażowani, myśli się o nowych pomysłach na reindustrializację opartą na zupełnie nowych zasadach. Mówi się o takim projekcie factories for the future, gdzie mamy zastanowić się nad nową formą własności i organizacji pracy w fabryce, żeby w ten sposób wydobyć jak najwięcej z tych zasobów, którymi dysponujemy. Dać pracownikom jak największe szanse, żeby potrafili rozwiązać różne wyzwania, które mają w codziennej pracy. Więc myślę, że tutaj jest bardzo ciekawe pole do odkryć, do innowacji społecznych. Myślę też, całkiem banalnie, że największe potencjały tkwią w ludziach i nie są do końca wykorzystane. 
 
Porozmawiajmy o branży finansowej. Jakie widzisz największe wyzwania branży finansowej w zakresie odpowiedzialności, zrównoważonego rozwoju czy zaangażowania społecznego?
 
Wydaje się, że istnieją dwie rzeczy, które są tutaj w jakiejś bezpośredniej sprzeczności, bo choć miałem ochotę odpowiedzieć jednym słowem, chyba nie da rady.
 
A jakie to słowo? 
 
Chciwość. 

A jak ograniczyć chciwość?
 
To jest bardzo trudne, bo jest ona też naturalnym elementem ludzkiej natury. To znaczy, jesteśmy po prostu chciwi. Niekiedy mówi się wręcz, że jest to jeden z mechanizmów napędowych rozwoju. Natomiast myślę, że dylematy tego sektora to jest jakiś rodzaj wypadkowej, bardzo trudnej do znalezienia, między odpowiedzialnością a chciwością. To jest pytanie, jak wyważyć jedno i drugie.
 
Odpowiedzialna chciwość?
 
Bo nadmierna chciwość może spowodować, że ludzie do nas stracą zaufanie i wyparujemy z rynku. 
 
Nie uważasz, że każdy przedsiębiorca ma ten problem?
 
Każdy, ale jakoś, nie wiem czemu, z sektorem finansowym to słowo „chciwość” najlepiej mi się skleja.         
 
Pewnie oglądałeś „Wall Street” i zostało w Twoje głowie „chciwość jest dobra”...
 
Myślę, że im dłużej się żyje i patrzy na naturę ludzką, coraz bardziej ma się przekonanie, że chciwość, i to w różnych aspektach, jest bardzo silnym imperatywem, mechanizmem nas napędzającym, często konfliktującym się z naszymi wartościami.
 
Wydaje mi się, że są branże, które mają specyficzną rolę, szczególne wartości. Uważam, że taką jest branża finansowa i należy od niej oczekiwać znacznie więcej niż od innych. Myślę tutaj o pojęciu społecznej roli, służbie.
 
Pamiętam, że kiedy jeszcze pracowałem w przemyśle reklamowym, rozmawiałem często z przyjacielem, który wówczas był w bankowości inwestycyjnej i bardzo dobrze sobie w niej radził. Prowadziliśmy rozmowy na temat sensu tego, co my właściwie robimy, i żeby trochę poprawić sobie samopoczucie, dochodziliśmy do przekonania, że i moja, i jego aktywność w sumie mają ten sam sens, bo chodzi w nich o tzw. oliwienie maszyny. Że my powodujemy, że ta maszyna się kręci, świat w ogóle działa, że ja napędzam konsumentów, żeby konsumowali, w taki czy inny, mniej lub bardziej odpowiedzialny sposób, a on tworzy mechanizmy do finansowania tej konsumpcji. Wtedy jeszcze mi się wydawało, że robię to w sposób odpowiedzialny, ale im dalej jestem od tego, co wówczas robiłem, tym bardziej myślę, że to było bardzo mało odpowiedzialne, rozkosznie nieświadome efektów ubocznych tego, co ten sektor robił. Uroczo bezrefleksyjna na swój temat branża. I myślę, że podobnie sprawa się ma z sektorem finansowym. Ten sektor powoduje, że cały system działa, wytwarza. Daje takie narzędzia, które powodują, że pojawiają się formy współdziałania, partnerstwa, uruchamiają zasoby, uwalniają potencjały. Myślę, że to jest ogromna odpowiedzialność i po stronie sektora finansowego, i reklamowego. Tak że obydwa te fragmenty rynku powinny być bardzo, bardzo odpowiedzialne, wyczulone na ślad, jaki pozostawiają. Bo oczywiście, że branża reklamowa powinna napędzać zrównoważoną konsumpcję, cokolwiek to oznacza w dzisiejszych czasach. Z kolei branża finansowa powinna dawać takie narzędzia, które na przykład mogą preferować odpowiedzialną konsumpcję, wspierać impact investment, innowacje społeczne, ochronę zasobów naturalnych, a blokować mechanizmy, które na przykład niszczą naszą cywilizację. Bo myślę, że my o tym dopiero zaczynamy mówić. Trzeba ogromnej świadomości i determinacji przy prowadzeniu biznesu, żeby rzeczywiście segregować to, co tworzy, buduje, chroni, od tego, co niszczy. Moda na etyczne inwestowanie, impact investment, to jest coś bardzo, bardzo ciekawego, ponieważ to jest właśnie spotkanie instrumentów finansowych z wartościami. To jest naturalne pole wyborów, właśnie w oparciu o wartości. Inwestuję moje pieniądze, coś się z nimi dzieje, powstają nowe firmy, powstanie tych firm ma swoje konsekwencje, zostawiają pozytywny ślad społeczny czy środowiskowy. Wydaje się, że to jest doskonałe pole do tego, żeby naprawdę modelować rzeczywistość we właściwą stronę.
 
Tylko że rynek reklamowy chyba się mocno „wyregulował”, wydaje mi się, że jest mocno znormalizowany w zakresie tego co można, a czego nie można.
 
To jest branża, która chyba jako ostatnia w historii CSR-u wpadła na świetny pomysł, że należy się poważnie przyglądać efektom swojej działalności, śladom, jakie się zostawia w środowisku czy w społeczeństwie, że należy mieć swoich CSR officers, którzy kontrolują polityki i praktyki odpowiedzialności biznesu komunikacyjnego. Niedawno nawet z takim globalnym CSR officerem jednej ogromnej sieci reklamowej miałem przyjemność rozmawiać. Są trzy powody, dla których jego firma zaangażowała się w CSR. Pierwszy jest taki, że jej klienci sami się regulują, więc jeżeli sieć nie miałaby CSR-u, to by było bardzo źle widziane przez zleceniodawców, u których CSR jest od lat sposobem uprawiania biznesu. Czyli ciśnienie ze strony klientów, by nie było w ich łańcuchu wartości firm „nieodpowiedzialnych”. Po drugie to jest sprawa typowo employer brandingowa. Mówi CSR officer: jeżeli my nie będziemy mieli CSR-u, nie będziemy zachowywali się w porządku, to nasi przyszli pracownicy nie przyjdą pracować u nas, tylko pójdą do Google’a i do Facebooka i skończy się na tym, że tych lepszych stracimy. Już odczuli to na przestrzeni ostatniej dekady, że ci bystrzejsi, ciekawsi, bardziej wartościowi idą albo do startupów, albo do firm, które mają na sztandarach odpowiedzialny biznes, bo następne pokolenie jest bardziej wymagające wobec pracodawców. No i trzeci wątek, jaki był tutaj poruszany: officer ds. CSR-u powiedział, że dla niego i dla korporacji reklamowej jest niezwykle ważne, żeby ich menedżerowie też byli odpowiedzialni. Firma także powinna być, jak to się mówi, „purpose driven” i powinno to być widoczne w działaniach menedżerów i ich zespołów. No i to jest dla mnie najbardziej dyskusyjne, ponieważ dostrzegam tu sprzeczność. Czy usługa reklamowa nie polega na tym, by skłonić klienta do konsumowania więcej? Tu natychmiast się pojawia pierwsze pytanie: czy to jest rzeczywiście zrównoważona konsumpcja? Czy produkt, jaki mamy reklamować, rzeczywiście spełnia jej standardy. Ale może warto stawiać następne pytania. Mówimy, a ściślej – mówią firmy: jeśli będziesz konsumował więcej zrównoważonych produktów, będzie rosła zrównoważona konsumpcja, w domyśle – kosztem tej niezrównoważonej. A co z kurczącymi się zasobami globalnymi? Analitycy alarmują, że to już nie chodzi o inną konsumpcję, ale o ograniczenie konsumpcji w ogóle. Nie INACZEJ konsumować, jak kiedyś mówiliśmy, ale MNIEJ. I teraz wyobraźmy sobie menedżera agencji reklamowej. Przychodzi do niego klient i mówi: mam taki i taki produkt, z dużym budżetem, proszę mi podnieść sprzedaż, takie są KPI itd. W jaki sposób pan mi może to zapewnić? Pojawia się podejrzenie, czy ten produkt jest w porządku, a jednocześnie widzimy, że nasz rachunek wyników wymaga właśnie tego budżetu. I jaka tutaj zapadnie decyzja? Kampania będzie zrobiona? Chodzenie na skróty i ciśnienie na dostarczanie krótkoterminowych wyników oczywiście nie dotyczy tylko branży reklamowej. To są dylematy jak każde inne, natomiast w tej branży wyzwania etyczne są przede wszystkim związane z mówieniem prawdy. „Truth well told” mówi o sobie jedna z sieci reklamowych. Oczywiście można to stwierdzenie traktować poważnie jako wysoce etyczne zobowiązanie. Ale też można tu wyczuć to przymrużenie oka, nie sądzisz? Już my wiemy, jak tę waszą „prawdę” opakować, żeby się sprzedała. To, co ty mówisz o waszej branży finansowej, jest w sumie podobne – to jest kwestia podstawowej uczciwości handlowej, to jest kwestia ograniczenia siebie w zapędach chciwości. Mam wrażenie, że branża finansowa, nawet bardziej niż reklamowa, dysponuje tak wyrafinowanymi instrumentami na poziomie produktów, że może naprawdę bardzo łatwo uzależnić konsumenta, szczególnie gdy wykorzystuje przewagę w wiedzy o rynku finansowym.
 
Tak, szczególnie biorąc pod uwagę specyfikę produktów finansowych.
 
No właśnie i tu jest ważne samoograniczenie się, bo myślę, że kreatywność twoich pracowników, twojej branży mogłaby być tutaj...
 
 … duża. Kiedyś pewien pan profesor, którego obaj znamy, postawił tezę, że lepiej, żeby zaufanie klientów do branży finansowej nie rosło, gdyż skoro tyle jest missellingu przy obecnym poziomie zaufania, to co będzie, jak to zaufanie jeszcze wzrośnie.
 
Na szczęście spada.
 
A to zależy, kto bada… Nie sądzisz, że ważnym problemem branży finansowej jest zapominanie o słowie „służba”? 
 
Myślę, że w ogóle coś takiego jak pojęcie służebności wyparowuje z naszej cywilizacji w jakimś zastraszającym tempie. Usługi przestają mieć wymiar służebności, co prawda poprawia się kultura spotkania między sprzedawcą a kupującym, natomiast ja nie mam poczucia, że prawdziwą motywacją jest tu rozumienie służebności. Zobacz, że pojęcie służebności wyparowuje nawet z takich sektorów jak służba zdrowia.
 
Wybierająć zawód czy budując firmę powinniśmy sobie postawić pytania - po co chcę to robić, po co jestem, jaka jest moja rola? Wydaje mi się, że trudno wybrać medycynę, kierując się tym, że tam będę w tym zawodzie dużo zarabiać. Idealistycznie zawsze uważałem, że ktoś, kto wybiera medycynę, przede wszystkim wybiera sobie rolę społeczną do spełnienia, oczywiście ta rola daje szansę na wysoką pozycję społeczną, status materialny, ale nie to powinno być źródłem decyzji. Podobnie jest z zakładaniem firmy. Jeżeli ktoś założy firmę tylko po to, żeby zarobić pieniądze, nie osiągnie wybitnego sukcesu.
 
No, ale wiesz przecież, że bardzo dużo osób podejmujących działalność gospodarczą jednak najpierw kieruje się motywacją zarobkową. Zakładam firmę właśnie po to, żeby zarobić. To jest najprostszy sposób, żeby zabezpieczyć swoje podstawowe potrzeby. A potem dochodzi pytanie, gdy już odnosimy sukces, że właściwie po co ja to robię. Po co wstaję rano z łóżka? Czy po to, żeby zarobić kolejną kasę? Już przecież mam wystarczająco dużo. Pojawia się kolejne ciekawe pojęcie, wprowadzone przez Johna Naisha – enoughism (John Naish „Enough: Breaking Free of the World of More”).

 I…?
 
 … i wtedy następuje przewartościowanie. Myślę, że bardzo często mamy do czynienia z sytuacjami utraty sensu pracy, że ta praca się odrywa od jakiegoś znaczenia. Nie musimy się tu odwoływać do ikony Charliego Chaplina stojącego przy taśmie produkcyjnej, to całkiem współczesny obraz, pomimo pozorów i współczesnych metod HR, które mają temu przeciwdziałać.
 

Myślę, że takie przewartościowanie, przebudowanie nas, ludzi, jest naturalną koleją rzeczy, dojrzewamy, poszukujemy, zadajemy pytanie „o co tu chodzi”.
 
 
Każdy przeżywa to indywidualnie i na różnym etapie, czasami to jest tak, że jesteś po prostu tak wychowany, żeby dbać o pracowników, dbać szczególnie o tych, którzy są na najniższym poziomie struktury czy organizacji. Ktoś cię tak wychował, dlatego wiesz, że dzięki temu, że dostałeś parę talentów więcej, że miałeś w domu jakieś półki z książkami i network kontaktów rodzinnych, jesteś w tym miejscu życia, a nie w innym. W takim razie twoją powinnością jest wesprzeć innych, którzy tego nie mieli. To może iść z wychowania i tak najczęściej się zdarza, ale również ludzie mogą na to wpaść na dowolnym etapie swego życia.
 
Zapytam Cię o opinię na temat, który bardzo mnie ostatnio zaintrygował. Przeczytałem niezwykle ciekawy artykuł Josepha L. Badaracco, profesora etyki biznesu w Harvard Business School, o tym, że liderów wysokiego poziomu, managerów mniej należy edukować z zakresu MBA, a więcej z literatury. Czytałem też o pewnym projekcie w Szwecji, w którym z sukcesem zrealizowano program edukacji liderów poprzez sztukę. Takie projekty uwrażliwiają liderów, stają się też sposobem na to, by zaczęli patrzeć na świat i jego problemy holistycznie, uczyli się odpowiedzialności, przedefiniowali swoją liderską rolę. Co o tym myślisz, czy to Twoim zdaniem ma sens, czy jest li tylko romantyczną zabawą akademików?
 
To absolutnie nie jest zabawa nawiedzonych, to jest bardzo współczesne i bardzo świadome działanie. Coraz częściej zdajemy sobie sprawę z tego, że wyczerpał się również model wspierania liderów przez MBA, że to nie wystarcza. Zobacz na przykład, że to, czym się obecnie zajmujemy – design thinking, community centered design, human centered design – staje się nowym paradygmatem kształcenia liderów. Roger Martin w Kanadzie, jeden z głównych doradców strategicznych P&G, zmodyfikował system kształcenia liderów w MBA i przebudował studia w stronę design thinking. Obecnie w Rotman School of Management Uniwersytetu w Toronto menedżerowie uczą się myślenia projektowego przy rozwiązywaniu problemów biznesowych. Myślę, że to bardzo sensowne, bo jedną z rzeczy, które niestety wyparowują z naszego systemu społecznego, i jest to jeden z efektów dominującej obecności technologii w naszym codziennym życiu, jest kwestia empatii, kwestia zrozumienia drugiego człowieka. Kultura pozwala nam na złapanie perspektywy drugiego człowieka, na zrozumienie drugiego człowieka, uwrażliwienie na niego i jego potrzeby, na budzenie empatii. A design dzisiaj to spotkanie empatii z technologią i danymi. By służyło nam to dobrze, nie wystarcza wiedza, informacje, nawet nie wystarcza empatia. Potrzebna jest obecność wartości w procesach podejmowania decyzji. Moi koledzy z Goodbrand od paru lat prowadzą studia nad tematem mądrości w zarządzaniu, co się dzieje, gdy twoja wiedza spotyka się z wartościami i podejmujesz właśnie decyzje w oparciu o wartości. Okazuje się, że wtedy menedźerowie są bardziej skuteczni i efektywni, doceniani przez swoje zespoły i przez swoich szefów. Menedżerowie odnoszący obecnie sukcesy to ludzie, którzy podchodzą do tego niezwykle poważnie, właśnie do takich do kwestii jak obecność wartości w ich codziennych decyzjach.
 
Czy Twoim zdaniem coś istotnego z tego dla świata wyniknie?
 
Myślę, że już powoli jest, ale raczej w perspektywie minimalnej. Myślę, że tego typu podejście trochę polepsza jakość twojego indywidualnego życia, twojego otoczenia. W skali makro widzę 17 United Nations Sustainability Goals, które w mojej optyce wcale nie są bliskie realizacji. Co nie znaczy, że nie trzeba się z nimi mierzyć.

Ostatnie pytanie. Wydaje mi się, że to, w jaki sposób będziemy postępować, zależy również od wzorców, jakie mieliśmy, jakie mamy. Wzorując się na przedsiębiorcach, liderach, przywódcach odpowiedzialnych, zaangażowanych społecznie, będziemy myśleć i działać inaczej niż wtedy, gdy będziemy wzorować się na nieodpowiedzialnych społecznie biznesowych rekinach. Mówi się o tym, że nastąpił upadek autorytetów, że autorytety nie są potrzebne, nie tylko w Polsce. Z drugiej strony robiące furorę występy, szkolenia … inspirujące pokazują, że szczególnie młodzi ludzie mają absolutną potrzebę znalezienia wskazówek, jakiegoś poświecenia lampką i tę potrzebę ktoś realizuje. Bardzo często w nieodpowiedzialny, powierzchowny sposób o bardzo krótkotrwałych efektach. Widzisz jakąś możliwość, żeby to zmienić? Dostrzegasz tutaj miejsce dla autorytetów, mądrych i odpowiedzialnych przewodników? 
 
Myślę, że to są zjawiska powiązane. Istnieje coś takiego jak głód przewodnika czy głód kogoś, kto nam podpowie. Jak już mówimy o autorytetach, chciałbym przywołać taką refleksję Umberto Eco, myślę, że jest bardzo na miejscu. On mówi, że wbrew temu, co nam się czasem wydaje – że ta ogromna obecność wynalazków, technologii w naszym codziennym życiu sprawia, że nasza epoka jest podobna epoce oświecenia – raczej funkcjonujemy w czymś w rodzaju nowego średniowiecza, że wszechobecność internetu tak naprawdę jeszcze bardziej sfragmentaryzowała nasze społeczeństwa, rozbiła na mikrospołeczności podobne średniowiecznym oddalonym od siebie wioskom. Te mikrospołeczności, jakie tworzą się wokół nas, są takimi miejscami w cyberprzestrzeni, które siłą rzeczy mają swoich lokalnych guru, przewodników. Nieodmiennie poszukujemy mądrych doradców w tych sieciach, w których funkcjonujemy, blisko nas, więc to nic dziwnego, że jeśli pojawia się ktoś z jakąś charyzmą, niekoniecznie wiedzą, to może wpaść do tej naszej wioski i nam nieźle namieszać, stając się naszym autorytetem. Nie poszukujemy głębokiej wiedzy, wystarczą skróty i obrazki i to jest rzeczywiście bardzo niebezpieczne. Myślę, że żyjemy w takim czasie, kiedy bardzo łatwo jest wywieść masy ludzi w pole, czy może – bardziej obrazowo – na przykład wyprowadzić ludzi na ulicę. Widzieliśmy to przy okazji ACTA, że wystarczyły fragmenty informacji, trochę emocjonalnego komunikatu – i nagle tysiące ludzi na ulicy. 
 
Choć wielu z nas nie do końca wiedziało, w czym uczestniczy.
 
Dokładnie tak! Podobnie jest wszędzie, choćby w świecie arabskim, przypomnijmy sobie nieodległą w czasie „wiosnę arabską”. Łatwo możemy pójść za fałszywymi prorokami i za fałszywymi przewodnikami. Myślę, że to jest bardzo duże zagrożenie, ale na to nic nie poradzimy. Coraz trudniej jest wartościować nasze kanały komunikacyjne i kanały pozyskiwania wiedzy. Dopiero kiedy rzeczywiście będziemy w stanie się w nich dobrze rozeznać, zbudują się nowe autorytety i podejrzewam, że będą miały początkowo charakter lokalny, środowiskowy. Tymczasem czeka nas jeszcze bardzo długi czas chaosu i myślę, że jeszcze długo będzie naprawdę bardzo łatwo zamieszać ludziom w głowach.

Paweł, dziękuję, bardzo fajnie się z Tobą rozmawia. Do następnego razu. 
 
Wzajemność.


Źródło: http://www.nienieodpowiedzialni.pl/
Średnia ocen: 0.00 , Suma ocen: 0, Głosów: 0
Oceń: